Lipa.

Zanosilo sie na deszcz od wczoraj.. Z 19 stopni na 5 w  niecale 24h. Wilgoc, mrzawka i szalik. Patrzac przez okno to wydaje sie, ze jest pazdziernik a nie druga polowa marca.. no ale trudno. Jest jak jest.

Moj plan aktywnosci w PL spalil na panewce. Kaput. Poza krokami, bo to ile moge to nabijam. Dzis rajd po bydgoszczy, ale juz nie w trampkach jak w sobote, a w zimowych trepach. Przeszlo mi przez mysl, by wrocic do siebie w tych pierwszych, ale pogoda w NO nie rozpieszcza..a i tak przylecialam w skorze a nie w puchowcu. Zmarznac nie zamierzam.

**

Wrocilam do brania ashwaghandy, bo czuje palpitacje wieczorami. Nie wiem czy bez tabsa bym zasnela, a tak jeden problem z glowy. Pobudka o 7 rano za to bezproblemowa.

**

Znacie to powiedzenie: jak sie wali to wszystko? Karmiona zludzeniani, pseudo-obietnicami mialam pewne przypuszczenia, ale nic mimo to nie przygotowalo mnie na kolejne ciosy ponizej pasa. Niby gdy masz pewne podejrzenia, to powinno byc latwiej. Coz, nie jest. Slowa i czyny bola tak samo, jesli nie bardziej. A pojecie zaufanie do ludzi jest mi tak bliskie jak powietrze na marsie.. nawet sie napic nie moge zeby ukoic skolatane nerwy, serce czy mozg. Nie moge nic.  Mowia, co nie zabije to wzmocni, ale pytanie wzmocni do czego, bo na ta chwile to odechciewa mi sie wszystkiego..

Comments

Popular posts from this blog

Pierniki

Nowy start

Gdzie ten snieg?